Na co kurze koszyk?

Drobny i ciemnoskóry, na zdezelowanym motocyklu, w żywym obłoku pierza. [Niezamierzone haiku, nie liczcie sylab, zgadza się struktura, nie – buchalteria.] W Kambodży podobne scenki oferowane są podróżnikom dwojako. Rzadziej: na drodze, w upale i kurzu niezaprzeczalnych faktów. Częściej natomiast w opowieściach przewodników, podpierających się świadectwem internetowych serwisów fotograficznych – najpowszechniej wykorzystywanej biblioteki egzotycznych fantazji i wzorca post factum przykładanego przez turystów do zrealizowanych marzeń. Oczywiście, w Indochinach każdy towar, który daje się skutecznie przytroczyć do jednośladu, może odbyć wyboistą podróż. Łatwo też odnieść wrażenie, iż granic ładowności wehikułu nie wyznacza technika, ale doraźna handlowa konieczność. Drób nie jest wyjątkiem, zapytajcie Google’a: Cambodia motorbike chicken ENTER... Wyszukiwarki potrafią jednak zwodzić nieuważnych – szybciej wyszperamy desperata wiozącego maleńką Hondą stado domowego ptactwa niż pospolity na tym samym terenie przenośny wybieg, z jakiego korzystają między innymi hodowcy kogutów trenowanych do walki. Dlatego tym razem zrezygnujcie z pośrednictwa anonimowych algorytmów, mam pod ręką stosowne ujęcie.


O potrzebie (czujnego) wylegiwania się w słońcu

Zastanawiam się, dlaczego w rozgardiaszu pośpiesznych przygotowań do podróży, którą zamykałem rok 2015, poświęciłem szczupły kapitał kilku tygodni niemal wyłącznie polityczno-gospodarczym dziejom Półwyspu Indochińskiego. Daty, gracze, trajektorie wpływu – bez przygotowania to tylko rozrywka. Nie pierwszy raz powtarzałem lekcję o tym, że lektury najpotrzebniejszej zazwyczaj szukam nie w porę. Nie historyków, ale przynajmniej religioznawców należało czytać. Zaś podstawowym odruchem powinno być (zatem nie było?!) przejrzenie literatury etnologicznej. Skutek oczywisty – wiozłem informacyjną kontrabandę, z której niespecjalnie potrafiłem skorzystać. Inna sprawa, że adekwatnie niefrasobliwego „spojrzenia turystycznego” uczę się dopiero teraz, ponieważ starałem się przed tym bronić, kiedy faktycznie „byłem tam”. Nie mam więc lepszych pomysłów niż podeprzeć się tym, co zaobserwowałem u współtowarzyszy – bardziej doświadczonych i asertywnych. Pozbawionych złudzeń? Zahamowań? Nie umiem ocenić. Kilka ogólniejszych podejrzeń spróbuję na wspólny rachunek sformułować, by następnie przyłożyć je do własnego wspomnienia.

Zazwyczaj ruszamy bezbronni, trzeźwo oceniając powzięty zamiar lub pokładając wiarę w dostępnych udogodnieniach zorganizowanej formy turyzmu. Słodkie próżnowanie chcielibyśmy widzieć po prostu bezwstydnie gnuśnym, w innych przypadkach – gdy napędza nas ciekawość – oddajemy się łatwo pod opiekę wynajętych specjalistów, których zadaniem będzie wypełnienie zrozumiałą treścią miejsc, zabytków i ludzi. Wierzymy na co dzień, że świat można sensownie opowiedzieć, ale poza czasem zwyczajnym i w otoczeniu przerastającym naszą zdolność doraźnego oswajania rzeczywistości tym bardziej pragniemy polegać na narracjach podsuwanych przez przewodników. Uproszczenia, gdy nawet zdołamy przejrzeć ich powierzchowny fałsz, mniej nas chyba rażą, choćby dlatego, że stanowią również uspokajający ekwiwalent operacyjnej wiedzy.

Spojrzawszy wstecz, rozpoznaję ten rodzaj beztroski – towarzyszyła mi w drodze od początku, niepotrzebnie uwierając jeszcze i po tym, gdy przewodnik nasz udowodnił fachowość, dzięki której gładko przekroczyliśmy kolejną granicę poprzedzeni bezbłędnie ulokowaną łapówką. Wtedy chyba jednak zaczęło kiełkować pytanie zasadnicze: skoro na własnym obyciu ani lekturach nie sposób polegać, skąd dowiedziałbym się o rzeczach znacznie mniejszej wagi niż nieformalne procedury administracyjne? Na przykład, że w całkiem eleganckim hotelu nad Zatoką Tajlandzką po wezgłowiu łóżka może smyrgnąć gekon – pożądany współlokator-muchożerca, natomiast w Bangkoku trzeba czasem ustąpić słonecznego kawałka ławki wyrośniętemu waranowi.