O magii zboża i ziemniaków (ze zbiorów Archiwum IEiAK UJ)

Notatka niniejsza nie będzie dotyczyła zacieru oraz jego pochodnych, które potrafią odbierać rozum i pamięć. W pospolitych na pierwszy rzut oka roślinach taić się może całkiem odmienny potencjał symbolicznej mocy.

W kontekście bożonarodzeniowym święcenie pokarmów do niedawna pozostawało żywą praktyką i o niej chciałbym napisać kilka słów. Trafiłem bowiem na zapis* z badań terenowych w Istebnej w roku 1971, mówiący o rytualnym pomnażaniu i zabezpieczaniu przyszłych zbiorów. 26 grudnia, czyli w dzień św. Szczepana, święcono niewielkie ilości owsa i ziemniaków, które wcześniej leżały na stole podczas wieczerzy wigilijnej. Patrząc na złożoną konfigurację działań nie mogę oprzeć się wrażeniu, iż włączenie obiektu w przestrzeń sakralnego posiłku, a następnie skropienie go wodą święconą przypomina próbę wywołania efektu magiczno-religijnej synergii. Spiętrzenie procedur miało po prostu zapewnić większą skuteczność siewu i sadzenia, od których zależał dobrostan członków gospodarstwa w nadchodzącym roku. Wzmocniona tym sposobem życiodajna potencja ziarna oraz bulw udzielała się całym zapasom, z którymi były mieszane. Relacje z terenu mówią również o zabezpieczającej funkcji zabiegu święcenia. Jedna informatorka twierdziła mianowicie, iż wypleniła dzięki niemu paprocie, które zarastały pole. Kilku innych dla odmiany wyraziło ubolewanie, ponieważ ani święcenie, ani chemiczne opryski nie okazały się skuteczne w walce z niszczącą owies zarazą. Zdaniem krakowskiej etnografki, która badała zimową obrzędowość wsi Istebna, w okresie powojennego ćwierćwiecza zwyczaj święcenia owsa i ziemniaków nie przyjął się wśród młodego pokolenia i w latach siedemdziesiątych powoli zanikał. Jakieś połowiczne trwanie w kolejnych dekadach mogło wynikać ze sprzyjających okoliczności liturgicznych – dzień pierwszego męczennika był czczony rzetelnie i msza stanowiła jego nieodzowną część, a to daje oczywistą sposobność do grupowego podtrzymywania ceremonialnego gestu. Prywatne kontynuacje zależą już od wiary w skuteczność, tę zaś badaczka odnotowała jedynie u niektórych starszych wiekiem rozmówców. Uzasadniona sceptycyzmem rezygnacja z dobroczynnych czarów, które odprawialiśmy na własny użytek, w podobnych przypadkach oznacza zanik jednej z form więzi spajających lokalne wspólnoty. Zinstytucjonalizowana uroczystość rzadziej gwarantuje zbliżone poczucie bezpieczeństwa i złudnej kontroli. Świat wciąż nie poddaje się naszej woli, a my odrzucamy wraz z rytuałem część ułatwiającego życie komfortu. Być może jest to symptom jakiegoś rozwoju, ale ewolucja najwyraźniej musi boleć.


* Paluchowska-Targońska, Anna; Zanik funkcji zwyczajów dorocznych na przykładzie okresu Bożego Narodzenia w Istebnej na przestrzeni XX wieku; praca magisterska; Katedra Etnografii Słowian Uniwersytetu Jagiellońskiego; Kraków; 1972; Archiwum IEiAK UJ; numer inwentarzowy 104

Archiwum IEiAK UJ - wywiad 1352

 

Króciutka informacja zapisana na południu Polski na początku lat sześćdziesiątych XX wieku: „Jak się wracało z pogrzebu nie wolno było nic kupić, bo by człowieka nieszczęście spotkało. Nawet na stypę nic nie kupowali, tylko poczęstunek odbywał się w karczmie. Tam każdy dostawał wódki i chleb z masłem i każdy ubiegał się o ten kroniczek (piętkę), bo kto go zje, to go zęby nie będą bolały.”

Widzę pomieszanie wzniosłości z dziwacznym przesądem, ale tutaj skupię się tylko na tym, co poważne. Jest bowiem nadzwyczajnie krzepiącą prostota tradycyjnego obyczaju. Jego surowość przemawia do nas, gdy najbardziej potrzebujemy pocieszenia. Pozostanę jednak ostrożnym, opis pochodzi przecież z epoki, której realia znam jedynie pośrednio, głównie poprzez kreacje literackie i filmowe. W tym samym świecie widzieliśmy podobnie oszczędny gest bohaterów „Popiołu i diamentu” – ich znicze z kieliszków spirytusu. Analogicznie: chleb z masłem i wódka – trudno o poczęstunek bardziej esencjonalny. Symbolicznie ten zestaw jest niemal metaforą życia. Stypa zredukowana do krótkiego spotkania w karczmie i toastu z zagryzką wydaje się w każdym razie odpowiednio powściągliwa. Choć oczywiście dopuszczam możliwość, że jest to złudzenie człowieka, któremu wypadło żyć w kulturze przesytu. Jedno mogę powiedzieć z pewnością: konsolacja w tej formie dobrze spełnia swoją funkcję, zamykając rytuał, który wyprowadzał nieboszczyka ze społeczności. Pytanie, czy godzi się w karczmie żegnać członka rodziny, byłoby nieporozumieniem – gdy ciało opuściło domową przystań kolejne akty rozstania odbywały się w przestrzeni wspólnej. Nie chcieliśmy, by zmarły nawiedzał nas w domu. Karczma gwarantowała po prostu bezpieczną wspólnotę z żywymi. Z psychologicznego punktu widzenia trudno o bardziej palącą potrzebę.

Godzilla tupnęła

Muzykę metalową kojarzycie z hałasem czy głuchą pustką? Ćwierć wieku temu katowicki Spodek oderwał się od Ziemi napędzany wysokooktanową wściekłością zespołu Sepultura, ale jeszcze dziś z uporem powraca do mnie wspomnienie, że najintensywniejszym momentem koncertu była eksplozja absolutnej ciszy i huragan białego światła, który runął na widownię w finale kompozycji Biotech is Godzilla. Wiele lat później natknąłem się bowiem na dziwne i samo w sobie kompletnie niezrozumiałe graffiti. Nie mogłem jednak powstrzymać uśmiechu. Czymże był ów szablonowy rysuneczek przedstawiający dwunożnego dinozaura złapanego w snop świateł przez latający talerz obcej cywilizacji? Dla mnie – niemądrym skrótem tamtego odległego doświadczenia jedności z rozkołysanym tłumem. Materie wspomnień i skojarzeń plotą się czasem w bezwstydnie niedorzeczne supły. Poczułem to niepokojące mrowienie za uszami – jakby głowa przemieniła się w odbezpieczony granat, by po dwóch uderzeniach serca eksplodować pomieszanymi asocjacjami. Przypomniałem sobie oślepiającą biel i brutalny akcent ostatniej nuty, mimo że ta zdążyła już dawno wybrzmieć. Wróciło na moment doświadczenie pełni podzielanej kiedyś z rówieśnikami. Nie potrafię zrozumieć tego dreszczu rozkosznego rozpoznania, ale gdy patrzę z perspektywy, zdumiewa mnie w podobnych momentach żywość pamięci i jej skuteczność jako machiny metafor. Choćby nawet kiepsko wyregulowanej.


 

Wpływ satelitów na pogodę i folklor [ze zbiorów Archiwum IEiAK UJ]

Kto kojarzy satelity sterujące pogodą z fantastycznych kronik Diuny autorstwa Franka Herberta, ten mógłby zostać zwiedziony na manowce tytułem. Przejdźmy zatem szybko do rzeczy, by naprostować nieporozumienie.
 
W latach pięćdziesiątych XX wieku mieszkańcy Istebnej należący do pokolenia urodzonego przed rokiem 1920 zaczęli rezygnować z samodzielnego przewidywania pogody na rzecz prognoz podawanych przez państwowe rozgłośnie radiowe. W obrębie obrzędowości dorocznej przekłada się to na porzucenie zwyczaju bożonarodzeniowych wróżb, które porządkowały nadchodzący rok, projektując przyszłą pogodę. Narzędzi manipulacji dostarczał rytuał, dzięki niemu przynajmniej w ogólnym zarysie warunki klimatyczne w najbliższym cyklu pór roku miały poddać się władzy człowieka. Tej praktyki jednak dość definitywnie w krótkim przedziale czasu zaniechano. Co faktycznie leżało u podstaw tej zmiany? Wiemy, że zanika w tym okresie zaufanie do własnych metod obserwacji i przewidywania. Wbrew prozaicznie racjonalizującym oczekiwaniom znajduje to uzasadnienie niekoniecznie w prostym przeniesieniu tegoż zaufania na bardziej wiarygodne źródło wiedzy. Badaczka z Katedry Etnografii Słowian UJ uchwyciła bowiem mocny ślad przekonania, że ekspansja technologii zachwiała stabilnością przyrody, więc prognozowanie jej zachowania przejawiającego się pod postacią pogody może zwyczajnie tracić sens. Wedle zanotowanej w terenie w roku 1971 wypowiedzi: „Dawni się sprawdzało, a teraz ni. Nie sprawdza się, bo atmosfera rozbita. Inne czasy jak dawniej. Dawni jak miał być deszcz, to była chmura, a teroz ni ma chmury i pado.” Proszę zwrócić uwagę na sformułowanie „rozbita atmosfera”. Natura mocno musiała odczuć tę nową formę ludzkiej ingerencji, skoro przestaje działać najbardziej oczywista przyczynowość i deszcz pada z bezchmurnego nieba. Na szczęście kolejny informator z odmiennej perspektywy przedstawił niezwykły problem, wskazując również jego głębokie przyczyny: „Od starych ludzi się słyszało, że downi to tylko tak wiedzieli pogode. To była prawdo. Teroz to sie nic nie zgodzo, bo satelity rozbijajo chmury.” Niestety, w dostępnych fragmentach materiału nie znajduję solidnych podstaw dla dalszych analiz i eksploracji. Wszelako narzuca się jedno ważne uzupełnienie – krytyczna lektura powyższych wypowiedzi powinna uwzględnić fakt, iż w okresie zimnej wojny kontekstem myślenia o nowoczesnych technologiach bywało poczucie realnego zagrożenia atomową zagładą. Tym tropem nie podążę, ponieważ nie zdołam sensownie zważyć wpływu medialnej i propagandowej obróbki, jakiej poddano cytowanych przeze mnie przedstawicieli istebniańskiej społeczności.
 
Dla zrównoważenia ponurego tonu puenty chciałbym przypomnieć humorystycznie sformułowane w powieści Konopielka założenia ludowego światopoglądu – wędrowny dziad-mędrzec przestrzega bohaterów, że bezkompromisowe ulepszanie świata, także w zakresie techniki, w końcu wywróci go na nice: „Chłop z chłopem spać będzie, baba z babo, wilki latać, bociany pływać, słońce wzejdzie na zachodzie, zajdzie na wschodzie!” W Taplarach ryzykowną innowacją była zwyczajna kosa – rozważając wpływ sputnika, zaczynam się niepokoić. Czy wilki i bociany wciąż zachowują się przewidywalnie?
 
**
 
Cytaty z wypowiedzi mieszkańców Istebnej przytaczam za: Paluchowska-Targońska, Anna; Zanik funkcji zwyczajów dorocznych na przykładzie okresu Bożego Narodzenia w Istebnej na przestrzeni XX wieku; praca magisterska; Katedra Etnografii Słowian Uniwersytetu Jagiellońskiego; Kraków; 1972; Archiwum IEiAK UJ; numer inwentarzowy 104
 
Redliński, Edward; Konopielka; Warszawa; 1979

quadratisch – praktisch... wichtig?


„Przekaz handlowy, pochodzący od podmiotu publicznego lub prywatnego, w związku z jego działalnością gospodarczą lub zawodową, zmierzający do promocji sprzedaży lub odpłatnego korzystania z towarów lub usług”[1]. Ustawa o radiofonii i telewizji z grudnia 1992 roku elegancko ucina dyskusję, ograniczeni jej literą musimy orzec, iż bajecznie kolorowy obiekt zlokalizowany w głównym hallu drezdeńskiego dworca kolejowego to reklama. Chciałbym jednak – alternatywnie wobec terminu ściśle technicznego – przetestować metaforę. Pomnik, czyli rzeźba upamiętniająca lub wzniesiona ku czci[2]. Wspierają ten wybór cztery przesłanki. Primo: forma ukształtowana z dbałością o estetyczny efekt oraz monumentalny wymiar konstrukcji; oczekujemy też granitowej trwałości, której karton i lekkie tworzywa sztuczne nie zapewniają. Secundo: lokalizacja – miejsce nie tylko publiczne, ale przede wszystkim pełniące funkcję reprezentacyjną jako faktyczna brama miasta dla wielu podróżnych. Tertio: stuletnia z górą historia firmy[3], której niewątpliwym dziedzictwem jest oryginalny i rozpoznawalny produkt. Quarto: duet przyjemnie stymulujących alkaloidów (kofeiny i teobrominy) doceniony przez ludzi co najmniej cztery tysiące lat temu, jak ustalili archeolodzy[4]. Wobec powyższego nie widzę cienia niestosowności w sugestii, by machnąć ręką na semantykę. Skoro próbujemy unieśmiertelniać w kamieniu i metalu sprawy mniej na to zasługujące niż czekolada, niech promocyjna instalacja służy za model pomnika i napomina o jego potrzebie.

[1] http://prawo.sejm.gov.pl [dostęp 2018.07.03]
[2] www.sjp.pl [dostęp 2018.07.03]
[3] www.ritter-sport.de [dostęp 2018.07.03]
[4] Coe M., Coe S. (2013) The True History of Chocolate, London – New York, ISBN 978-0-500-77092-4 (e-book)
 

Kot Budowniczy

Żonie, której zawdzięczam (poza wszystkim innym) inspirację, by z radością nadużywać słów.

Zapytałbym, jaki baran zdecydował się przetłumaczyć imię kociego pomocnika Bob'a Budownicz'ego, gubiąc cudowną dziwność oryginału, ale mam ważniejsze ogłoszenie. Otóż trafiłem na dowód, że obaj - Bob i Sardynka - odwiedzili Kraków. W pobliżu ulicy Lea znalazłem na budowlanym ogrodzeniu "wypalony" cień i spuściłem myśl ze smyczy.

Wyjące płomienie palników. Sieci elektrycznych wyładowań. Snopy spawalniczych iskier szurające po chodniku...

"Światło - jest bogiem. Poruszam się w gąszczu przyczyn i skutków. Pojutrze się dowiem co było jutro. Święto - to każdy dzień póki żyję."*

Czyżby reflektory maszyn i pracujące narzędzia zdolne były generować rozbłyski światła brutalnie jak nuklearna eksplozja? Znam ten efekt z fantomów na murach Hiroshimy, ale zaskakującą przyjemność sprawiło mi trafienie w środku Krakowa na ślad podobny i ostatecznie nieco mniej upiorny. Choćby tylko w niewielkiej części dostępnego spektrum skojarzeń.

* Maciej Maleńczuk "Człowiek z wiekiem do trumny"



„morski niedźwiedź”

bebop... hard rock... metal... Trzy fale dobrej muzyki. Przymiotnik kogoś zastanawia? Definicja jest obiektywna, spójna, nawet dość elegancka. I kompletnie nieprzekładalna. Muzyka, perfumy czy wino są „dobre”, gdy nieuchwytne upojenie znajduje ujście w oczywistej tylko dla nas konstatacji – trafiło w mój gust. Potrafię wskazać przyczynę wyboru konkretnych gatunków, ale wyjaśnienie sprowadza się do biograficznej anegdoty. Moje upodobania wydają się bowiem same przez się zrozumiałe jako pochodna dorastania w dużym polskim mieście w latach dziewięćdziesiątych – mieliśmy do wyboru dwie podstawowe estetyki pokoleniowego buntu: hip-hop i metal. W szkole średniej długowłosi tworzyli społeczność liczniejszą i bardziej wyrazistą, a to zapewniało rekrutacyjną przewagę. Wobec braku konkurencyjnych kręgów instytucjonalnego lub towarzyskiego odniesienia wybór nie nastręczał problemu. Biografia przewidywalna do granic nudy, aczkolwiek etnografowi ziewać się nie godzi, skoro szkielet tej historii to odmiana prywatnego mitu. Punkt zwrotny: październik 1993 roku, jedyny raz odwiedza Polskę zespół Deep Purple w składzie Blackmore, Gillan, Glover, Lord, Paice – legendarna maszyna na krótko przywrócona do działania. Symboliczny początek osobistej rock and roll'owej rewolty przeciw zgredom? Mam piętnaście lat, mój ojciec czterdzieści, jedziemy do Zabrza szaleć ramię w ramię. Wybór subkultury okazuje się w tym kontekście bardziej czy mniej oczywisty? Już na wstępie zmieszały mi się różne konformizmy z kontestacją. Trzeba i to uwzględnić, że rewolucje kultury popularnej poznawałem nieco wspak, tylko metal przeżyłem w okresie jego szczytowej popularności i burzliwego rozwoju (w roku 1993 trafiły na rynek przełomowe płyty: Bloody Kisses, Chaos A.D., Icon, Pork Soda, River Runs Red, Turn Loose the Swans, Undertow). Niedługo później nabrałem jednak zwyczaju karmienia ciekawości bez szacunku dla stylistycznych etykiet, dlatego sam przekroczywszy czterdziestkę, z poranną kawą mogę mieszać stary jazz. John Coltrane, Thelonious Monk, Art Blakey, Jimmy Smith... wciąż zatem znosi mnie ku dźwiękom, które (jak groove, gothic i thrash) były w swoim czasie bezczelnym wyzwaniem rzuconym publicznej przyzwoitości i nawykom słuchaczy*. Zapuszczam się także dalej w głąb dziejów, lecz składnia kompozycji okazuje się niezrozumiała bez specjalistycznej wiedzy, co upodabnia muzyczny surfing do szperania w obcojęzycznej bibliotece. W chwilach relaksu chciałbym raczej wpatrywać się w horyzont, kontemplując pomruki kolejnego tsunami.

* Porter E., "Dizzy Atmosphere" – The Challenge of Bebop, "American Music", Vol. 17, No. 4 (Winter, 1999), www.jstor.org [2019.03.12]

jazz from hell

[Z podziękowaniem dla Franka Zappy]

Cyborg zbrojny wyszukaną aparaturą niekoniecznie okazuje się skuteczniejszy od minimalisty z notesem. Czy Wacław Sieroszewski miał w tym zakresie jakieś przykre doświadczenia – nie umiem odpowiedzieć – znam jego uwagi o cudzych problemach. To Bronisławowi Piłsudskiemu „trudno było skłonić dzikusów do mówienia lub śpiewania w trąbę fonografu”. Obejrzałem ten cytat z kilku stron i ciarki przebiegły mi po plecach. Odłożywszy lekturę, zapadłem między półki. Wiedziałem, że w zbiorach naszego Archiwum jest fotografia ilustrująca pracę z urządzeniem zbliżonego typu. Kompozycja podejrzanie harmonijna: przy stole zasiedli Kazimierz Moszyński i Filaret Kołessa, na blacie ulokowali elegancką drewnianą skrzynkę z metalową tubą, zaś u jej końca sztywno stanęła anonimowa Poleszuczka. Mobilne studio nagraniowe z roku 1932. Już wcześniej miałem w rękach tę sponiewieraną odbitkę i chciałbym wierzyć, że potrafię zrozumieć niechętną postawę autochtonów. Dziś skłonny jestem zaryzykować podejrzenie, że jakieś osobliwe asocjacje (obawy?) mogły nie być też obce Sieroszewskiemu. Wszystkiemu winna kapitalna zoomorficzna metafora, którą się posłużył; zainfekowała moją wyobraźnię, w miejsce prymitywnego aparatu do rejestracji dźwięku podsuwając tajemniczą piekielną machinę. Wyjaśnienie rzekomo jest proste. Niepokoi dwoista natura ludzkiej wynalazczości – namacalnie rzemieślnicza i anarchicznie transgresywna. Arthur Clarke zasugerował (bardzo trzeźwo wbrew pozorom), że technologia i „magia” mogą być nawet trudne do rozróżnienia, decydująca jest zrozumiałość konstrukcji.

BIBLIOGRAFIA | Clarke A. C., Hazards of Prophecy, (in:) The Futurists, (ed.) Toffler A., New York 1972 | Sieroszewski W., Bronisław Piłsudski, „Rocznik Podhalański”, Zakopane-Kraków 1914-1921

Archiwum IEiAK UJ

Archiwum IEiAK UJ - wywiad 4465


[bajka dydaktyczna] Dawno temu... w 1977 roku na polsko-czesko-słowackim marginesie mapy wylądowała grupa studentów Katedry Etnografii Słowian Uniwersytetu Jagiellońskiego. Cztery dekady później, gdy owoce ich pracy spożywał kolejny rocznik adeptów etnologii, dałem się ponieść anarchicznej mocy sceptycyzmu i własny wykład wykoleiłem eksplozją mieszanki pytań. Czy kwestionariusz, jakim dysponowali młodzi badacze, pozwoliłby uchwycić wszystkie drgnienia sieci sensów, która opisywała ten skrawek świata? Dlaczego w istocie informatorka zadowolona jest z lokalizacji zagrody? W przytoczonym uzasadnieniu wspomina o pobliskim lesie jako źródle grzybów i jagód, ale pragmatyczny punkt odniesienia pozostaje niewypowiedziany. W oparciu o kopię jednej strony wywiadu nie mogliśmy budować wartościowej hipotezy, stąd zaproszenie do gry: wyobraźmy sobie, że trafiamy na identyczny argument w kolejnych wywiadach – informatorzy (odsetek rzetelny, domagający się wnikliwszego oglądu), gdy przychodzi mówić o zaletach miejsca zamieszkania, wymieniają obfitość grzybów, dziko rosnących jagód, poziomek i malin, chwalą również niektórzy walory smakowe darów natury. Studenci nie zaprotestowali, mogliśmy eksperymentować, licząc na kilka prowizorycznych wniosków i obietnicę jakiegoś „odkrycia”. Uzgodniliśmy najpierw, że kto chciałby z czystym sumieniem zamknąć sprawę stemplem upodobań czy nawyków kulinarnych, musi przede wszystkim rozpoznać kontekst i źródło preferencji, by nie przegapić zjawisk przekraczających fizjologię podniebienia – smakiem odrębnym kuchnię niejednej wspólnoty naznaczyły przecież religia i mit. Na poziomie ściśle doczesnych narracji trzeba było natomiast zmierzyć się z przypuszczeniem, iż zbieranie i sprzedaż owoców runa leśnego to składnik lokalnej ekonomii zbudowanej na bardzo nieurodzajnych glebach. Czy taka metoda łatania domowych budżetów budziłaby wstyd uzasadniający odruchowe przemilczenia w rozmowie z etnografem? Niewykluczone, ale każda działalność biznesowa jako czasochłonna kombinacja okoliczności, wiedzy i wyposażenia powinna znaleźć choćby pośrednie odzwierciedlenie w materiale. Łatwiej byłoby spekulować, gdybyśmy (to przykład obniżania oczekiwań) dysponowali przynajmniej wzmianką o drodze wojewódzkiej, na której poboczu mógłby rozkwitać pokątny handel – mimo iż to zjawisko w szerokim zakresie odnotowano znacznie później, gdy leśnymi odcinkami szos zawładnęły kobiety lekkich obyczajów do spółki z praktykującą zbieractwo biedotą.

[uwagi po spóźnionej kwerendzie] Wiem teraz coś pewniejszego o podstawach egzystencji cieszyńskich górali. Upadek pasterstwa, słabe gleby i wysoki wskaźnik zalesienia tworzyły system niekorzystnych warunków bytowych – uprawa ziemi nie wystarczyła, by wyżywić niewielką nawet populację. W tym stanie rzeczy pozarolnicze źródła dochodów nabierały kluczowego znaczenia dla mieszkańców Istebnej – nie było im obce ani rzemiosło, ani zatrudnienie w leśnictwie, budownictwie, przemyśle czy transporcie. Przyjmowali też chętnie letników i mogę sobie wyobrazić omaszczone śmietaną naleśniki z borówkami jako część wypoczynkowej oferty – w pracy dyplomowej z roku 1973 znalazłem bowiem informację o sprzedaży turystom nadwyżek nabiału z własnych gospodarstw (niestety, w tej kwestii autorka poskąpiła detali). Czy zatem istotnie możliwości zakupu owoców ograniczały się do pensjonatów? Śmiem wątpić. „[W lasach] najwięcej [jest] czarnych borówek, które odwożą na targ” – stwierdziła w pracy złożonej w roku 1955 Zofia Szromba, której ustalenia uznaje się za wiarygodne i rozstrzygające. W publikacji z roku 1978 umieściła z kolei fotografię wozu pełniącego funkcję mobilnego straganu i opisała instytucję skupywaczy-pośredników. Indywidualna wędrówka na jarmark budziła czasem mieszane uczucia, co uzasadnia intuicję, że handel mógłby być przemilczany jako postępek desperacki i świadczący o niskim statusie. Nacisk władz po II wojnie światowej na rozwój spółdzielczych punktów skupu był tutaj dodatkową zmienną.

[głos pozornie odrębny] Niezależnie od powyższych uwag, które zasadniczo pozwalają zamknąć dyskusję, chciałbym odnotować wypowiedzi dwóch uczestniczek praktyk z roku 1977 (rozmawialiśmy w grudniu 2018 roku). Etnografki nie pamiętają komercyjnej eksploatacji dziko rosnących roślin i w realiach ówczesnych niewielkie dla niej widzą uzasadnienie, sceptycznie oceniając perspektywy oraz sensowność osobistego zbytu drobnych produktów w znacznie oddalonych miejscowościach – Wiśle i Cieszynie. Najprostszym wyjaśnieniem różnic w obserwacjach jest rozwój ruchu letniskowego, turystycznego i sanatoryjnego, który prawdopodobnie wyeliminował w końcu potrzebę szukania nabywców poza Istebną, co byłoby zgodne z tendencjami zaobserwowanymi wcześniej przez Szrombę-Rysową.

[krzepiąca puenta] Wbrew utrudnieniom, wątpliwościom i niekompletnym przypuszczeniom, które musiały starczyć za cały profit z zabawy, znalazłem powód do zadowolenia. Studenci wykazali się wyobraźnią, w dodatku dozowaną ostrożnie i metodycznie. Rozważywszy zakres dostępnych danych, sformułowali alternatywny program badawczy bez zmyślania ekstrawaganckich przesłanek. Proponowanym punktem wyjścia była analiza materiału pod kątem śladów wcześniejszych historycznie założeń przestrzennych. Przypomnieli więc mimochodem postulat Józefa Burszty, by dzieje wsi czytać w szczegółach pejzażu – miedzach, drogach, pasmach pól, układzie zagród.

[literatura] Burszta Józef, Od osady słowiańskiej do wsi współczesnej: o tworzeniu się krajobrazu osadniczego ziem polskich i rozplanowań wsi, Wrocław, 1958 | Gniot Mariola, Zatrudnienie pozarolnicze rodzin chłopskich we wsi Istebna w powiecie cieszyńskim, Kraków, 1973 (praca magisterska, Archiwum IEiAK UJ) | Szromba Zofia, Pożywienie ludności wiejskiej wsi rolniczej i pasterskiej w powiecie cieszyńskim w końcu ubiegłego wieku i połowie bieżącego, Kraków 1955 (praca magisterska, Archiwum IEiAK UJ) | Szromba-Rysowa Zofia, Pożywienie ludności wiejskiej na Śląsku, Wrocław-Kraków, 1978

Wesoła rudera


Mimo ogólnie kiepskiej kondycji budynek przyjemnie wyróżniał się na tle konserwatywnego sąsiedztwa dzięki fantazyjnej elewacji. Niestety, zdjęcie nie oddaje raczej sprawiedliwości talentom i odwadze dekoratora. Trawiony przedpołudniowym żarem obiekt przypominał wydrapaną do czysta – remont czy ścierwojady? – łupinę egzotycznego orzecha. Wszelako znalazłem go w granicach Galicji, ściślej mówiąc: w Leżajsku, gdzie zatrzymałem się przelotnie latem 2018 roku.

Gdzie wsiąkł Zacier?

Kraków, 2018. Ufam, że historia znalazła szczęśliwy finał.

Od pewnego czasu przyglądam się z rosnącym zaciekawieniem ogłoszeniom zdesperowanych właścicieli zwierząt. Zapewne nie było ich więcej niż pół setki, co daje próbkę nieistotną statystycznie i udokumentowaną przypadkowo, dlatego większość materiału, jakim dysponuję, to uśrednione wspomnienia, zacząłem jednak podejrzewać, że zaginiony pies i kot mogą się okazać odmiennymi gatunkami... wypowiedzi. W przypadku pierwszym – naszych rzekomo najlepszych przyjaciół – częściej chyba spotykałem krótsze i raczej suche wyliczenie podstawowych faktów: rasy, umaszczenia, imienia. W tekstach z drugiej grupy udało się natomiast wyróżnić trzy prawdopodobne osobliwości. Plakacik, którego fotografię załączam, pozwala prześledzić wszystkie. Portret skreślono obszernie, punktując kolejno: ogólny kolor sierści, wzór umaszczenia, rodzaj i lokalizację czterech przebarwień/znamion. Uzupełniono opisem osobowości: „Zacier jest typowo domowym zwierzakiem i nigdy nie wychodzi poza dom.” Pojawiła się również informacja o specyficznych zachowaniach czy zdolnościach futrzaka: „Reaguje na gwizdanie, «kici-kici» i swoje imię.”

Powtórzę dla uniknięcia nieporozumień – przeczuwam błąd lub przypadek, ale być może warto przeanalizować rozpowszechnienie różnych typów narracji, sprawdziwszy uprzednio, co w sprawie czynników determinujących wybór domowego zwierzęcia ustaliła psychologia.

do pola!

Kraków, 2018

Jest taka strategia zażartej walki o pokój – aż trup ściele się gęsto. Celują w niej podobno jasnoocy idealiści z lewa? Nie wiem, a plotce nie wierzę. Że młodzież chętniej ulega nieuzasadnionej nadziei na powszechne szczęście? Znam upartych naiwniaków chyba w każdym wieku i żadna wiarygodna statystyka na tym nie urosła. Potrafię sobie również wyobrazić przyszłość homo sapiens jako piknik, ale historia uczy, iż w naszej rodzinie prozaiczne spory o to, czy możemy wrzucić na ruszt psie mięso lub wieprzowinę, kończą się czasem fatalnie. Wolałbym zatem solidne badania: i nad zawartością dwudziestoletnich głów, i w sprawie widoków na lepszy świat.

Najlepszej próby bezczelność

Anthony Bourdain. Kucharz, włóczykij, idol. Na marginesie kulinarnych felietonów zebranych w tomie „Nasty bits” czyni uwagę, która przez nieodpartą oczywistość może być bezczelnym banałem lub skupionym momentem fantastycznej przenikliwości. Jak – pyta retorycznie – stworzyć osobistą opowieść o tym, co nieodwracalnie nas dotknęło, gdy przelotnie skonfrontowani ze spektakularnym obiektem tracimy zdolność mówienia? „W końcu [...] człowiek jest po prostu szczęśliwy, że tam był i dożył, by to wszystko zobaczyć na własne oczy” [Bourdain 2011, 15]. Przy okazji na mapie własnego życiorysu zaznacza dwa miejsca dramatycznych wzruszeń: Machu Pichu i Angkor Wat.

I chociaż u celu najważniejszych podróży faktycznie stajemy oniemiali, to skrawki życiorysu, z których składamy cenne wspomnienia, pozostają zadziwiająco zwyczajne i statystycznie powtarzalne. Jak przypuszczam, Anthony Bourdain i ja zwiedzaliśmy Angkor Wat podobnie – w trybie turystycznym – powielając kroki, gesty i zagapienia miliona ludzi każdego roku w rozpatrywanym okresie przybywających do Siem Reap [Neth 2011, 150-158]. Różnica dostępnego komfortu? Według celebritynetworth.com oraz therichest.com przeliczalna na sumy wielocyfrowe w najtwardszych walutach, zatem wystarczająco oczywista. Choć jednak przywykliśmy widzieć w niej czynnik ważniejszy niż wilgotność powietrza lub aktywność owadów, jest równie jak one przypadkowa i nie mniej drugorzędna. Poszczególne wspomnienie, które (pomimo otępiającego luksusu, lepkiego powietrza czy nietaktownych insektów) próbujemy na dobre uchwycić, staje się w końcu częścią niekomunikowalnego zasobu prywatnej mitologii.

Zobaczyć – pisze Bourdain. Ale kucharz – zawodowiec nosa i języka – nie dał się chyba zwieść dyktaturze naoczności, która redukuje pamięć do „wylizanych” (copyright by Witkacy) obrazów. Nie wątpię jednak, że zuchwały parzygnat dotknął sprawy kluczowej. Przejrzawszy teraz własny materiał, potwierdziłem powracające od dawna przeczucie, że prawie nie pamiętam Kambodży jako wyraźnie zarysowanej przestrzeni lub przynajmniej tła, po którym się prześlizgnąłem. I fotografie w niczym nie zmieniają tego dziwnego braku ostrości widzenia. Choćby rzetelnie dokumentalne aż do granic nudy.


BIBLIOGRAFIA
Bourdain A., 2011, Głodne kawałki, czyli musztarda przed obiadem. Kill Grill 2, przeł. W. Lamot, Warszawa, ISBN 978-83-7414-940-2.
Neth B., 2011, Angkor as World Heritage Site and the Development of Tourism. A Study of Tourist Revenue in the Accommodation Sector in Siem Reap-Angkor, [in:] World Heritage Angkor and Beyond. Circumstances and Implications of UNESCO Listings in Cambodia, ed. B. Hauser-Schäublin, Göttingen, ISBN 978-3-86395-032-3, p. 147-176.

Praca zaliczeniowa?


Pierwsze przypuszczenie: akt anarchicznej miejskiej partyzantki. Dwa dni później pomyślałem o innej możliwości – skrupulatnie zaplanowanym kolokwium w formie „manewrów artystycznych”. W najbliższym sąsiedztwie zlokalizowany jest przecież Wydział Sztuki Uniwersytetu Pedagogicznego. Termin – początek lata 2017 roku – wypadał w sesji egzaminacyjnej. Poza tym prace szybko, solidnie i za jednym zamachem uprzątnięto, jakby cel był inny niż upowszechnienie przekazu, na przykład ocena postępów. Protokół egzaminu mógłby być pouczającą lekturą.

Zakon Jedi

Jeden z tych doskonale tajemniczych napisów na murze. Kto, kiedy, dlaczego, do kogo – nie wiemy. Czy autor miał zamiar komunikować cokolwiek poza faktem opanowania obsługi puszki z farbą? Sztuczki Jedi zrobiły swoje, teraz nie umiem również stwierdzić: rozbawił mnie ten mural, zaciekawił, zniesmaczył? Ale wiem z pewnością – mistrz rzekł na koniec: nadgarstka giętkość padawan poćwiczyć musi.

Pałac Tarnowskich, ul. Szlak, Kraków, 2014

„nie czyniąc hałasu”


Miyajima, 2018. Figurka przy ścianie budynku. Zwierzę fantastyczne czy model z natury? Kamineko z „Azumanga Daioh”, psokształtna odmiana yokai, lokalna świnka morska o nazwie pika? Indagować mieszkańców wyspy lub błądzić po atlasach zoologii? Rzecz oczywista – warto. Ale czasem, po kociemu zwolniwszy kroku, wystarczy powiedzieć: podoba mi się. Kropka.

„Światy”

Galeria Pod Przewiązką IEiAK UJ, grudzień 2017, wystawa Wieczory cudowne. Ekspozycja zbudowana z pięciu rozdziałów za punkt wyjścia brała przeciętną Wigilię chłopską w formie XIX-wiecznej. Świętowanie materialnie ubogie i proste w zakresie środków wyrazu, choć wielowymiarowe symbolicznie. Temat zgłębiały, spisując scenariusz i dobierając obiekty, Aleksandra Animucka oraz Izabela Czyszczoń. Kompletny katalog przedmiotów i materiałów, jakimi na koniec się posłużyły, nieimponująco wygląda tylko z wierzchu: gliniana misa, kopystki, siano i słoma, ziarno owsa, chlebowe okruchy, czosnek, sierp, podłaźniczka. W ich interpretacji owa proto-choinka przybrała postać półmetrowej wiąchy sosnowych gałęzi zawieszonych czubem ku dołowi. Dla ozdoby pozostawiono kilka długich szyszek, przydając im suszone jabłuszka i orzechy, lecz ukoronowaniem były kuliste „światy” z białych opłatków – najzręczniej podrobiony eksponat całej wystawy. Niestety, symbolicznie tylko możemy go uwiecznić, nie dopełniliśmy nawet zaleceń przepisanych obyczajem. Kolberg, którego praca służyła studentkom jako źródło inspiracji, podpowiada, że podobne dekoracje (zawieszone jednak bezpośrednio u stragarza powały, niezależnie od iglastego „sadu”) najlepiej pozostawiać nienaruszone aż do kolejnych Świąt*. Rytualny nakaz przegrał z przepisami przeciwpożarowymi i współczesnym wyczuciem estetyki – w dzień Tłustego Czwartku własnoręcznie obrzynałem chropowaty sznurek.

* Kolberg O., Dzieła wszystkie, tom 5: Krakowskie, część I, Wrocław – Poznań, 1976, s. 193-194.


Kon'nichiwa

Rok 2017, konferencja IUAES w Krakowie, przerwa w obradach na kawę i frukta. Przypadkowo stałem się świadkiem spotkania kilku obcych sobie Japończyków. Czy mogli znaleźć się jeszcze dalej od domu? Przymuszony zgadywać – nie wykluczałbym. Na szczęście to bzdurne pytanie nie przyszło mi wówczas do głowy. Mierzyć globus mógłbym jedynie w tym celu, by z czystym sumieniem posługiwać się spektakularnymi metaforami w relacjach z własnej turystycznej włóczęgi. W tamtym króciutkim momencie oddałem się natomiast etnograficznej przyjemności podglądania, gdy goście z „końca świata” odtwarzali elegancki rytuał wymiany wizytówek. Odruchowo, zwyczajnie, prosto: umiarkowanie głębokie ukłony, kartoniki podawane dwiema rękami – kciuki wzdłuż bocznych krawędzi, pozostałe palce zwinięte pod spodem. Sformalizowane i precyzyjnie przećwiczone zachowanie, które członkom społeczności wrzuconym w obce środowisko mogło posłużyć jako narzędzie ułatwiające doraźne przełamanie konwencjonalnych barier. Łatwo w nim zobaczyć fragment fundamentalnego systemu międzyjednostkowych relacji, którego najbardziej stężone naukowe destylaty przechowujemy, opatrzywszy etykietą KULTURA JAPOŃSKA. Zbiegają się bowiem w prostym akcie zasadnicze zagadnienia: ustalone praktyki kontaktów biznesowych i towarzyskich; estetyka rzeczy codziennego użytku oraz sposobów posługiwania się nimi; waloryzacja przedmiotu symbolicznie zastępującego osobę. Zagadnienia wielkiej wagi, choć artefakt – w oczach Europejczyka – powszedni. By się upewnić, że nie ponosi mnie interpretacyjny entuzjazm, pozwolę sobie przypomnieć, co w tym zakresie ustalono. Ściśle zhierarchizowane społeczeństwo Japonii z konieczności wypracowało dla wszelkich międzyludzkich relacji i kontaktów zestawy bezpiecznych zachowań (bezpiecznych – bo nie jest przesadą stwierdzenie, iż w okresie przednowoczesnym ceną niepoprawnego rozpoznania sytuacji mogła być utrata życia). Zrytualizowana wymiana wizytówek jest właśnie pochodną starszych form autoprezentacji, adekwatną w realiach korporacyjnych, gdzie miecz (jako identyfikator statusu, nie instrument mordu) i kimono ozdobione klanowym herbem straciły rację bytu[1]. Nie inaczej bywa w kręgu rodzinnych zażyłości – banalny przedmiot zdolny jest unieść metaforyczną funkcję. Oto: pluszowe maskotki, fotografie, wizytówki. Te obiekty rodzice młodej kobiety, ofiary wielkiego tsunami z 2011 roku, złożyli w gablotce zastanawiająco podobnej do typowego domowego ołtarza, gdzie przechowuje się tabliczki z imionami zmarłych[2].

[1] De Mente B.L., Etiquette Guide to Japan: Know the rules that make the difference!, Tokyo, 2008, 978-1-4629-0246-0, ebook (www.libgen.io, 2018.02.05)
[2] Boni K., Ganbare! Warsztaty umierania, Warszawa, 2017, 978-83-268-2386-2, s. 38

Na co kurze koszyk?

Drobny i ciemnoskóry, na zdezelowanym motocyklu, w żywym obłoku pierza. [Niezamierzone haiku, nie liczcie sylab, zgadza się struktura, nie – buchalteria.] W Kambodży podobne scenki oferowane są podróżnikom dwojako. Rzadziej: na drodze, w upale i kurzu niezaprzeczalnych faktów. Częściej natomiast w opowieściach przewodników, podpierających się świadectwem internetowych serwisów fotograficznych – najpowszechniej wykorzystywanej biblioteki egzotycznych fantazji i wzorca post factum przykładanego przez turystów do zrealizowanych marzeń. Oczywiście, w Indochinach każdy towar, który daje się skutecznie przytroczyć do jednośladu, może odbyć wyboistą podróż. Łatwo też odnieść wrażenie, iż granic ładowności wehikułu nie wyznacza technika, ale doraźna handlowa konieczność. Drób nie jest wyjątkiem, zapytajcie Google’a: Cambodia motorbike chicken ENTER... Wyszukiwarki potrafią jednak zwodzić nieuważnych – szybciej wyszperamy desperata wiozącego maleńką Hondą stado domowego ptactwa niż pospolity na tym samym terenie przenośny wybieg, z jakiego korzystają między innymi hodowcy kogutów trenowanych do walki. Dlatego tym razem zrezygnujcie z pośrednictwa anonimowych algorytmów, mam pod ręką stosowne ujęcie.


O potrzebie (czujnego) wylegiwania się w słońcu

Zastanawiam się, dlaczego w rozgardiaszu pośpiesznych przygotowań do podróży, którą zamykałem rok 2015, poświęciłem szczupły kapitał kilku tygodni niemal wyłącznie polityczno-gospodarczym dziejom Półwyspu Indochińskiego. Daty, gracze, trajektorie wpływu – bez przygotowania to tylko rozrywka. Nie pierwszy raz powtarzałem lekcję o tym, że lektury najpotrzebniejszej zazwyczaj szukam nie w porę. Nie historyków, ale przynajmniej religioznawców należało czytać. Zaś podstawowym odruchem powinno być (zatem nie było?!) przejrzenie literatury etnologicznej. Skutek oczywisty – wiozłem informacyjną kontrabandę, z której niespecjalnie potrafiłem skorzystać. Inna sprawa, że adekwatnie niefrasobliwego „spojrzenia turystycznego” uczę się dopiero teraz, ponieważ starałem się przed tym bronić, kiedy faktycznie „byłem tam”. Nie mam więc lepszych pomysłów niż podeprzeć się tym, co zaobserwowałem u współtowarzyszy – bardziej doświadczonych i asertywnych. Pozbawionych złudzeń? Zahamowań? Nie umiem ocenić. Kilka ogólniejszych podejrzeń spróbuję na wspólny rachunek sformułować, by następnie przyłożyć je do własnego wspomnienia.

Zazwyczaj ruszamy bezbronni, trzeźwo oceniając powzięty zamiar lub pokładając wiarę w dostępnych udogodnieniach zorganizowanej formy turyzmu. Słodkie próżnowanie chcielibyśmy widzieć po prostu bezwstydnie gnuśnym, w innych przypadkach – gdy napędza nas ciekawość – oddajemy się łatwo pod opiekę wynajętych specjalistów, których zadaniem będzie wypełnienie zrozumiałą treścią miejsc, zabytków i ludzi. Wierzymy na co dzień, że świat można sensownie opowiedzieć, ale poza czasem zwyczajnym i w otoczeniu przerastającym naszą zdolność doraźnego oswajania rzeczywistości tym bardziej pragniemy polegać na narracjach podsuwanych przez przewodników. Uproszczenia, gdy nawet zdołamy przejrzeć ich powierzchowny fałsz, mniej nas chyba rażą, choćby dlatego, że stanowią również uspokajający ekwiwalent operacyjnej wiedzy.

Spojrzawszy wstecz, rozpoznaję ten rodzaj beztroski – towarzyszyła mi w drodze od początku, niepotrzebnie uwierając jeszcze i po tym, gdy przewodnik nasz udowodnił fachowość, dzięki której gładko przekroczyliśmy kolejną granicę poprzedzeni bezbłędnie ulokowaną łapówką. Wtedy chyba jednak zaczęło kiełkować pytanie zasadnicze: skoro na własnym obyciu ani lekturach nie sposób polegać, skąd dowiedziałbym się o rzeczach znacznie mniejszej wagi niż nieformalne procedury administracyjne? Na przykład, że w całkiem eleganckim hotelu nad Zatoką Tajlandzką po wezgłowiu łóżka może smyrgnąć gekon – pożądany współlokator-muchożerca, natomiast w Bangkoku trzeba czasem ustąpić słonecznego kawałka ławki wyrośniętemu waranowi.